Dziś wtorek. Już lepiej niż wczoraj a wczoraj był mój ulubiony w cudzysłowie dzień pt. Poniedziałek. Generalnie dni wyglądają jak odlane w mosiądzu. Ciężkie do zniesienia a ja jakoś nie mogę znaleźć dla siebie miejsca we wszechświecie.
Nie chciałabym zacząć marudzić ale już zaczęłam więc nie odbiorę sobie teraz tej przyjemności coby pomarudzić sobie. Pomarudzić i porozkoszować się tą bylejakością, która czasem zamieszkuje sobie w moim światopoglądzie. Odebrałam dziś nowy dowód. Dziwnie się z tym czuje. Nowe nazwisko, nowe miejsce zamieszkania. Taka nowa ja a jednak stara ze wszystkimi strachami, obawami, niechęciami, zaszłościami. Wszystkim tym, co się w mojej małej skołatanej głowie kłębi. Czasem sobie myślę, że za dużo na siebie biorę. Nakładam na siebie ciężary, trudne do udźwignięcia i nie dlatego, że ze mnie jakaś siłaczka. Udowadniam sobie, że zasługuję na różne rzeczy właśnie dlatego, że tak ciężko pracuje. Jakoś nie dociera do mojej małej mózgownicy, że niektóre rzeczy mi się po prostu należą i nie muszę a wręcz nie powinnam na nie pracować. Należą się i już ale to już do mnie nie dociera - nic a nic... Jestem przez to na siebie zła a czasem wręcz albo po prostu rozżalona.
I tak to się jakoś toczy. Dzień pod znakiem totalnego zakrętu, tkwiłam w epicentrum zdarzeń zasypana sprawami różnego kalibru, które trzeba załatwić i nawet nie miałam czasu dostrzec, że świat był dzisiaj piękny. Dobra dostrzegłam ale jakoś tak przez pryzmat tych zakrętów i ten świat, co to rzeczywiście piękny był i kolorowy zupełnie mnie nie zachwycił a wręcz zasmucił. Dotarło do mnie, że On jest taki piękny co jesień i co lato. Wszystko dokoła się zmienia. Teraz przygotowuje do zimy ale nadal jest kolorowe i urocze. Reasumując - czas płynie a ja to wyraźnie zawsze czuję przed urodzinami. Za tydzień mam urodziny i już się z tego powodu martwię i smucę :-)
Jest moja ulubiona pora roku a ja nawet się z niej za bardzo nie umiem cieszyć. Może mam jakąś nieustającą depresję?
Nie no może nie jest aż tak strasznie. Kilka rzeczy mnie dziś ucieszyło. Kilka rzeczy udało mi się dziś załatwić. Nie dostałam w pracy trzęsawki ani furii. Nie zabrakło mi ani razu tchu z powodu wkurzenia :-) więc mogę ten dzień uznać za udany. Mimo to jakoś tak mi smutno gdzieś tam w środku. Są czasem takie dni, kiedy czuję, że to coś co jest we mnie zwane potocznie duszą albo bez ideologii jakiś kawałek mnie jest dotkliwie smutny. To sprawia, że nie znoszę takich chwil i strasznie się wtedy nakręcam na działanie, żeby nie czuć tego smutku. Potem jednak przychodzi koniec pracy i cisza a do moich drzwi stuka coraz głośniej ta jakaś część mnie i prosi o wysłuchanie... Może kiedyś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz