7 października 2007

Niedziela

Wstałam dziś o szóstej rano z mocnym przekonaniem, że nie pójdę dziś na zajęcia. Po chwili walki ze sobą doszłam jednak do wniosku, że po pierwsze nie będę potem miała pojęcia z czym ten audyt się je. Po drugie nie będę nawet miała od kogo wziąć notatek a po trzecie potem będę miała wyrzuty sumienia, że się poddałam. Co prawda nie sprawdzają obecności ale nie zmienia to faktu, że nieobecność i tak jest zauważana wszem i wobec. Tak więc dotarłam do szkoły i nie żałuję. Te zajęcia są po prostu ciekawe i naprawdę warto jest na nich być.

Potem próbowałam dostać wpis do indeksu od jednego doktorka i zostałam ofukana. Zjawiłam się na przerwie tłumacząc, że właśnie skończyłam zajęcia a do wpisów musiałabym poczekać kilka godzin. Profesorek odparł, że nic go to nie interesuje i że miałam pół roku na zdobycie wpisu i takie tam. Strasznie mnie denerwuje takie uzewnętrznianie się i epatowanie irytacją. Rozumiem słowo nie i nie przepadam za narzucaniem się. Stwierdziłam, że ok / dosłownie / rozumiem i odwróciłam się na pięcie.

Taka beznadziejna organizacja uczelni. Egzaminy mamy w czerwcu i we wrześniu kampanię wrześniową. Przez dwa miesiące od września do października wykładowcy są oblegani przez rzeszę studentów z obłędem w oczach, którzy błagają o wpisy. Bardzo często terminy wpisów wyznaczane są w ciągu tygodnia w godzinach pracy. Dla studentów kierunków zaocznych to oczywisty problem. Poza tym student od tego jest żeby się popłaszczył. Niech wychodzi, prosi, błaga. Jest jeden profesor, który mnie miło zaskoczył. Zarządził swój kontenerek w dziekanacie. Każdy kto chce uzyskać u niego wpis wkłada tam do tego kontenerka swój indeks i wraca po niego w określonym terminie. Odbiera z kontenerka swój podpisany indeks i już. Bez łaski, irytacji i uzewnętrzniania swoich frustracji.

Tak poza tym mam w niedzielę świetne zajęcia. Nawet nie przypuszczałam, że będą mi się podobały a tu takie miłe zaskoczenie.

Jest wieczór a ja czuję jak mnie dopada jakaś choroba. Zapisuję się rano do lekarza. Teraz jest taki czas, że wszyscy chorują. Wrrrr...

Brak komentarzy: