Czuję, że wszystko jeszcze jest możliwe, jeszcze niedawno byłam pełna przekonania iż moje życie jest zamkniętą książką. Jakie to patetyczne. W każdym razie praca mnie dobijała. Szłam tam jak na ścięcie. Poniedziałek rano to był koszmar nad koszmary. Właściwie koszmar zaczynał się już w niedzielę po południu. Na samą myśl, że rano wstaję do pracy powodował we mnie histeryczną chęć ucieczki oraz zgrzytanie zębami. W październiku podjęłam wewnętrzną decyzję, że się stamtąd ewakuuję. Jak dotąd kilka razy udawało mi się podjąć taką decyzję ale potem był problem z jej realizacją. Nie żeby nie było ofert pracy. Jak już przychodziło co do czego to coś we mnie mówiło, że jednak bezpieczniej będzie zostać tam gdzie jestem. No i zostawałam a potem plułam sobie w brodę, że zostałam. I tak bez przerwy.
W końcu... na szczęście wszystko potoczyło się bardzo szybko. Rozmowa, obopólne ustalenie stanowiska. Potwierdziłam, podpisałam papierki a potem powiedziałam szefowi, że sobie idę. Do dnia dzisiejszego nie bardzo mogę w to wszystko uwierzyć. Stało się i nie żałuję swojej decyzji. Nie żałuje jej nawet wtedy kiedy w nowej pracy jest mi jeszcze nieswojo i czasem trudno. Trudno bo wszystko nowe i takie nieoczekiwanie nieznane. Początki są trudne. Niezależnie od tego jak dalej potoczy się moje zawodowe życie uważam, że podjęłam najlepszą decyzję z możliwych.
Teraz widzę w jakim sajgonie dane mi było żyć. Jak wykręcone były moje dni. Ciągłe życie w niedoczasie, odpowiedzialność zrzucona na mnie, zmaganie się z myślą, że jak nie uda mi się podołać pewnym sprawom to ludzie nie dostaną pensji. Świadomość, że jak pójdę na zwolnienie to pewne sprawy nie zostaną załatwione a co za tym idzie zostaną zawalone. Urlopy z komórką pod ręką i tłumaczenie co, gdzie, kiedy a potem odpowiedź w słuchawce "to poczekamy aż wrócisz i lepiej jak sama to załatwisz". Nieprzespane noce i ciągły bieg. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo mnie to obciążało i wykańczało zarazem. Najgorsza jednak była atmosfera, która przemieniła miejsce pracy z przyjemnego i przyjaznego w jakąś nieustające gniazdo intryg, donoszenia i kłamstw. Świadomość, że pewne osoby zrobią wszystko aby udowodnić mi jak kiepska jestem w tym, co robię. Podsyłanie błędnych informacji a potem przepraszanie za pomyłkę aby przy następnej nadarzającej się okazji wytknąć mi niewiedzę zapominając dodać, że opierałam się na otrzymanych informacjach. Tak to się toczyło dopóki mój organizm nie powiedział kategorycznie stop.
Czułam się zaszczuta i nieustannie inwigilowana, smutne jednak jest to, że teraz będę musiała poświęcić wiele uwagi i pracy aby wyjść z tego stanu przyczajenia. Stanu ciągłego napięcia w oczekiwaniu ataku, skupienia na każdym kroku i dwukrotnego sprawdzania czy przypadkiem nie popełniłam jakiegoś błędu wiedząc, że każdy błąd może bardzo mi zaszkodzić.
Na szczęście to już za mną. Miejmy nadzieję, że nic takiego więcej mnie nie spotka. Każdemu kto poddawany jest takim manipulacjom w pracy serdecznie współczuję i teraz po tym wszystkim wiem jak trudno jest to przetrwać. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest po prostu odejść. Ja tak zrobiłam i nie żałuję.
Tak z innej beczki... właśnie mruczy do mnie kot a z głośnika dobiega kojący jazz. Sympatycznie bardzo. Zrobiłam sobie dziś maraton po sklepach. Było miło aczkolwiek z niejednego sklepu się szybko ewakuowałam. Szaleństwo zakupów mnie aż tak nie podkręca. Czasem przyglądam się rzeczom i nawet mi się coś podoba ale nie chce mi się mierzyć, czasem mierzę i jest nawet fajne a potem dochodzę do wniosku, że za chwilę nie będę tego nosić. Nie jest jednak aż tak tragicznie. Kupiłam sobie kilka ciuchów ale fajne jest to, że bez ciśnienia. Ciśnienia, że skoro jestem na zakupach to koniecznie coś muszę zakupić. Tak po prostu na luzie. Zauważyłam też, że więcej jest teraz we mnie miejsca na różne rzeczy. Praca przestała mnie zabijać i mam czas oraz miejsce na różne sprawy w sobie. Nie jestem cała zaprzątnięta zamętem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz