Co tu ukrywać. Mam kaca jak cholera. Strach się bać normalnie. W każdym razie głowa jak sagan, oczy zapuchnięte do tego stopnia, że prawe nie chciało się otwierać rano. Kurwa ale czad. Nie ma się z czego cieszyć. Najgorsze w tym stanie jest takie dogłębne poczucie winy, że doprowadziło się siebie samego do takiego stanu. Straciłam kontrolę nad rzeczywistością. Mam świetlne migawki a w nich przebłyski pamięci zdarzeń wczorajszego dnia. Wychodzę, zataczam się, kręci mi się w głowie, wymiotuję. Kurwa, kurwa. Źle mi z tym jak cholera ale już nie będę płakać nad rozlanym mlekiem. Na szczęście nie zdarza mi się to nader często a takie wydarzenie przypomina mi od czasu do czasu na co mam uważać i jak dbać o swoją świadomość coby nie zaniknęła w odmętach alkoholu.
Kolejny tydzień w nowej pracy. Nudzę się jak cholera. Od szefa słyszę "idź odpocznij", "idź na obiad". Na początku mnie to wkurwiało, potem śmieszyło teraz znowu wkurwia i to z dnia na dzień coraz bardziej. Złapałam się na tym, że boję się iść do pracy ponieważ jestem przerażona iż przez osiem godzin będę się nudzić jak mops. Wymyślam sobie więc na siłę jakieś zadania po czym szefo przychodzi i mówi żebym to zostawiła bo na przykład nie jest to takie ważne w danym momencie. Szlag mnie trafia. Dostaję już szału na sam dźwięk jego pytania "co Ty tam znowu robisz?".
Dłubię w nosie, liczę muchy na ściance mojego uwielbionego boksu, rysuję kreski na kartce od drukarki, obgryzam paznokcie, chlipię herbatę na przemian z kawą, stukam łyżeczką o biurko, liczę zszywki w pudełku i tak dalej i tym podobnie. Zajebiste.
Najpierw kawa, potem ploteczki, po ploteczkach polowanie na Pana Kanapkę. Potem jedzenie kanapki. Kolejno pół godziny pracy dla równowagi a następnie zwoływanie się na lunczyk. Godzinna przerwa na lunczyk a po powrocie dwie godziny pracy dla równowagi. Godzinę przed wyjściem - czas na towarzyskie rozważania. I tak do zajebania...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz