27 kwietnia 2008

Tak sobie znerwicowanie

Wróciliśmy z działki. Ptaszki ćwierkały, zieleń waliła po oczach. Domek pachnący drewnem. Słowem zajebiście. Cały ten wyjazd przerwały dwa wypady na moją uczelnię, na której stawić się musiałam w celu uzupełnienia wpisów. Taka anachroniczna czynności wymyślona żeby uprzykrzyć życie zarówno studentom jak i wykładowcom. Nie dość, że zdać musisz egzamin to potem musisz biegać za wykładowcą w celu uzyskania odpowiedniego wpisu w indeksie. Oczywiście nie dostaniesz tego wpisu żuczku studencino w momencie zdawania egzaminu - szkoła jest przepełniona / tak na marginesie dostała nawet karę za przyjęcie nadmiarowej liczby studentów / i większość egzaminów odbywa się w trybie pisemnym. Zdajesz, potem biegasz i stoisz w kolejce coby Ci zechcieli wpisać ocenę. Jak nie przyjedziesz na wpisy w wyznaczonym odgórnie terminie na przykład w środę o 13-tej / kogo obchodzi, że to studia zaoczne a tygodniu pracujesz / to potem wydreptujesz ścieżki na dyżurach wykładowców. Często się zdarza, że na dyżury nie przychodzą. Wtedy jest kiszka do kwadratu.
Chcę skończyć już te studia bo mnie na samą myśl, że muszę tam iść rzuca po ścianach. Żuczek studencina bez praw ale z obowiązkami. Szkoła, która dowolnie nagina regulamin do własnych potrzeb. Nie wiem czy inne są takie. Chociaż mam trochę doświadczeń w studiowaniu / dwie wyższe uczelnie / i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że tam aż takiego naciągactwa i duszenia kasy nie było. Tutaj normą jest podwójne karanie. Za nie oddanie terminie indeksu każą Ci zapłacić stówkę a potem skreślą Cię z listy studentów. Żeby Cię przywrócili to co musisz zrobić - zapłacić kaskę. Wrrrr... dupa zbita i blada.

Brak komentarzy: