Dziś jest już /dzięki wszystkim świętym, którzy nade mną czuwali w tym tygodniu/ - piątek, do którego dotrwałam. Przeżyłam kolejny tydzień w korporacyjnym mrówko - landzie. Bosko. Ciśnie mi się na usta wiele historyjek, zdarzeń, wydarzeń, które warto byłoby opisać. Pewnie zacznę je skrupulatnie opisywać coby sobie upuścić kwasu i zrobić miejsce na normalne, zwykłe, proste, dobre uczucia.
Kolejny dzień kiedy wracam z pracy w stanie totalnego przygnębienia. Zaczynam się już wkręcać w takie myślenie, że to ze mną jest coś nie tak. Nie potrafię się przystosować, wszystko mi przeszkadza, nie umiem się odnaleźć. Wcale nie jest ze mną nie w porządku. Jakkolwiek nie gramatycznie to brzmi :-)
Niedobrze mi się robi od tego stanu zawieszenia. Od codziennych porcji informacji dotyczących kolejnego exodusu pracowników. Złożonych wypowiedzeń. Pytań porannych brzmiących "Czy dziś pracujemy w pełnym składzie?".
Jak przyszłam do tej pracy to w moim małym dziale pracowały trzy kobity i szef. Po czterech miesiącach w dziale zostałam ja oraz jedna kobita pracująca na mniej niż pół etatu. Obecnie jest czas testowy, który chyba zmierza do tego aby ustalić czy ja udźwignę wszelkie dodatkowe obowiązki. Obowiązki, których przecież nie ma tak wiele. Na pewno mi się wydaje. W jakim więc celu nad tym wszystkim przez ostatnie kilka lat pracowało tyle osób? Czy mam sądzić, że jestem taka genialna, że przejmę jeszcze sprawy innych osób i poradzę sobie ze wszystkim a korporacja powie "skoro tak, to może jeszcze popracowałabyś jeszcze nad tym i nad tym?"
Ufff... jestem zła, zniesmaczona, rozżalona. Miało być stabilnie, miało być normalnie, miało być spokojnie. Jak jest? Codziennie coś wybucha. Codziennie nowe doniesienia z frontu, na którym się gotuje. Do tego jeszcze niechęć, ostracyzm i kasta świętych krów, które zajmują już takie pozycje, że nie wolno przy nich krzywo oddychać. Matko, jaka frustracja ze mnie wyłazi. Jakieś niedowartościowanie czy coś? Jasne, że niedowartościowanie. Miałam zajmować się finansami, rozliczaniem itp. Zajmuje się a i owszem ale w przeważającej części łażę i płaszczę się po pokojach prosząc o akceptację, podpisy i wyrażenie zgody. Tłumaczę się za coś o czym nie mam zielonego pojęcia, przepraszam i się kajam. Niedobrze mi się już robi od tego. Okazało się, że odwalam prace asystenckie i mam jeszcze z tego powodu być zachwycona. Marudzę ale jest mi to teraz cholernie potrzebne. Muszę odreagować jakoś ten stres i zamęt. Co ciekawe Pani X, która przejęła część obowiązków po Pani Y przychodzi do pracy na jeden w sumie dzień w tygodniu. Jest tym umęczona a ja już mam spięcie i zastanawiam się jak zdołam obronić się przed tym co na mnie ewentualnie spadnie przez pozostałe dni tygodnia.
Muszę nauczyć się mówić "Niech to poczeka do środy" zaraz potem "Niech to poczeka do piątku" Nic dodać, nic ująć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz