17 stycznia 2009

Rodzina

Zgodnie ze starym indiańskim powiedzeniem twierdze, ze z rodziną najlepiej rzeczywiście jest tylko na zdjęciu. Zarówno z własną jak i z tą "przysposobioną" poprzez zamążpójście czy tam ożenek. Jak zwał tak zwał.
Ja obecnie w oczach rodziny "przysposobionej" najwyraźniej jestem na czarnej liście. Nie żeby mi ktoś dał to odczuć wprost i tak między oczy. Wszystko jest pięknie. Pozdrowienia telefoniczne przekazywane przez poślubionego. Wszystko pięknościowo i bardzo poprawnie. Z drugiej strony nie da się nie zauważyć niezwykłego oziębienia w kontaktach. Z drugiej strony nastąpiła jakaś zwielokrotniona aktywizacja kontaktów z synkiem. Jak dotąd nie było kilku maili tygodniowo ani telefonów przynajmniej raz w tym nieszczęsnym tygodniu.
Teraz telefony z zamartwianiem się i przypominaniem o kryzysie i synka kredycie. Dopytywanie czy żona już może znalazła pracę i czy chodzi na spotkania. Nie, nie chodzi Drodzy Państwo. Siedzi w domu, grzeje tyłek w kaloryferze, maluje paznokcie, smaruje się balsamami i podziwia piękno przyrody przez okno. Oto co robi żona.
Ponadto stwierdzenie, że może bym do nich przyjechała i mogłabym ugotować, sprzątnąć i uprasować było co najmniej poniżej pasa. Nawet jak to był żart Drodzy Państwo to taki żart, który powoduje, że nóż w kieszeni jest gotowy do brawurowej akcji.
Czy pojadę? Nie, nie pojawię się. Nie pojawię się ani latem, ani zimą. Nie będę obiektem żartów i docinek. Chcą sobie żartować to niech to robią ale za moimi plecami. Ja w tym uczestniczyć nie mam zamiaru. Chcą się spotkać to niech przyjadą tutaj i na MOIM gruncie możemy sobie pożartować.
Coś czuję jednak, że tym razem ograniczane do minimum jak dotąd uwagi nie będą przeze mnie już trzymane na smyczy. Zamierzam zawalczyć o siebie, o swoje miejsce w kosmosie i nikt mi z butami do mojego własnego życia wchodził nie będzie.
Podobno wyznają podobną zasadę więc wydaje mi się, że nie powinno być tutaj żadnego problemu ze zrozumieniem przekazu. Postanowione.

Brak komentarzy: