29 grudnia 2009

Uff

Udało mi się przetrwać te święta. W tym roku było dziwnie, naprawdę cieszyłam się, że są święta i że pojedziemy do rodziców. Było nieźle. Jak na święta. Niemniej jednak, co za dużo to niezdrowo. Już wczoraj czułam się mocno zirytowana tą świąteczną bliskością. Generalnie raz w roku można... Mam kilka myśli kłębiących się na gorąco ( kilka to jeszcze nie masakra ). Kobieca wizja świąt. Miałam okazję spojrzeć na dwie różne świąteczne planety. Jedna to miejsce, gdzie się piecze, smaży, gotuje, przyrządza. Potem z różnym skutkiem i nasileniem opowiada się o zmęczeniu, które napada w związku z tymi wszystkimi pracami. Druga planeta, to miejsce gdzie zakupuje się w dużym sklepie wszystko to, co niezbędne na stole i to, czego jeść się nie da ze względu na trudność w zlokalizowaniu czym dany produkt tak właściwie jest. Nie, żeby jakiegoś dziwnego pochodzenia sam w sobie. Chodzi bardziej o składniki, sposób przyrządzenia, takie fikuśne wynalazki, co to długo się trzeba natrudzić i przekonywać siebie samego, że po zjedzeniu czegoś takiego życie będzie trwało nadal. W tym drugim przypadku podobnie jak w pierwszym też postawa ogłaszająca wszechogarniające zmęczenie też jest aktywowana. Z tym, że trochę w innej formie. Mnie jednak ta wizja przeraża. Zarówno jedna jak i druga. Jak by na to nie spojrzeć i tak się trzeba nad kobietą pochylić i tak. Jak zrobiła - no bo zrobiła i się napracowała. Jak nie zrobiła - to, że nie zrobiła bo zmęczona wcześniej była i się napracowała. Słowem i tak wszystko sprowadza się do tego, że się napracowała...

Brak komentarzy: