13 stycznia 2010

Miłosierny...

Ja Bóg Twój Miłosierny, Ten co zawsze i wszędzie śledzi każdy Twój krok i chroni Cię przed niebezpieczeństwem. Ten, do którego modlisz się o zmiłowanie, pomoc, nadzieję zsyłam na Haiti trzęsienie ziemi. Niech rozstąpi się ziemia w tym biednym zakątku Świata. Niech slumsy i ludzi pochłonie ziemia. Zdmuchnę z powierzchni ziemi wszystkich tych ubogich. Niech już się nie męczą. Moje Miłosierdzie nie zna przecież granic. Ty cierpisz i cierpieć będziesz, taka już Twoja rola!!!

11 stycznia 2010

Pożegnanie

Siedziałam w tym kościele i nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nie mogłam uwierzyć, że nigdy więcej Cię nie zobaczę. Słowa księdza o zmartwychwstaniu i innych tam prawdach parzyły mnie wręcz. Ciało Chrystusa skojarzyło mi się z rozszarpywaniem kogoś na kawałki. Nie umiałam poradzić sobie z gniewem. Skierowałam go na tego, który głosi, że jest dobry i miłosierny. Początkowo nawet nie widziałam urny, która stała na środku kościoła. Jakaś część mnie nawet odetchnęła z ulgą, że jej nie widzę. Mogłam wmawiać sobie chociaż przez chwilę, że to taka zwykła msza, tylko trochę inna. Potem do mnie dotarło. Płakałam. Jak sobie wyobrażam ciało, które nie jest ciałem a jedynie prochem wsypanym do pojemnika. Chce mi się wyć. Wyobrażam sobie Ciebie taką jaka byłaś : radosną, pełną życia, uśmiechniętą, mądrą, zmierzającą do celu, pozytywną. To ciekawe ale nie pamiętam ( poza czasem choroby, co jest zupełnie zrozumiałe) takich momentów, żebyś była zdołowana lub epatowała niechęcią. Zawsze był jakiś plan, który warto byłoby zrealizować. Zawsze były marzenia, które tylko czekały żeby się spełnić. Strasznie mi to w Tobie imponowało. Nie wiem, czy Ci o tym powiedziałam ale uratowałaś mi życie. To, że jestem teraz z tym, kim jestem zawdzięczam Tobie. Pamiętasz ten dzień, kiedy przyszłam do Ciebie zapłakana i pogubiona? Siedziałam i mówiłam. Słuchałaś. To było wspaniałe. Usłyszałam krótkie i proste zastosowanie. Prawdę między oczy, bez owijania w bawełnę. Szkic zdarzeń podany w sposób klarowny oraz informację co z tym można zrobić. Z zastrzeżeniem, że prosiłam o radę i takie zastosowanie jest możliwe tylko wtedy, kiedy je rzeczywiście czuję. Z naciskiem, że to ja podejmuję decyzję i ja będę ponosić jej konsekwencje. Zaraz po powrocie od Ciebie zrobiłam porządek w swoim życiu. Było mi łatwiej. Wiele razy było tak, że jechałam do Ciebie i uspokajałam swój ocean trosk. Wystarczyło, że posiedziałam z Tobą w tym pięknym, wypełnionym bibelotami pokoju i zostałam wysłuchana. Robiło się spokojniej. Doskonale pamiętam jak przyjeżdżaliście oboje do rodziców. Często czekałam na Was z utęsknieniem. Wiedziałam, że jak się pojawisz to będziesz potrafiła rozładować emocje. Często sprawiałaś, że mama przestawała się nas czepiać. Wkurzała się na Ciebie, ale wcześniej czy później zaczynała słuchać. Nie wiem, gdzie jesteś teraz. Mam nadzieję, że to miejsce jest przyjemne. Mam nadzieję, że nie cierpisz. Pewnie będę do Ciebie pisać. To pomaga... Jakaś część mówi mi, że jesteś. Nie zniknęłaś. Śniłaś mi się. Miałam dla Ciebie perfumy. Bardzo się z nich cieszyłaś. Pamiętam, że byłam zachwycona że Cię widzę.

Kocham Cię i tęsknię. Nie mogę uwierzyć.

2 stycznia 2010

Właściwie to nic


Pojutrze wracam do pracy i nie ukrywam, że mam stracha. Tym bardziej, że śnią mi się jakieś dziwne, zagmatwane miejsca, sytuacje. Uciekam i mnie gonią. Dziś na przykład zgubiłam rower. Miałam dostać się w jedno miejsce. Robiło się już ciemno. Postawiłam rower, przypięłam go nawet do jakiegoś stojaka. Potem jak to we śnie zaczęło mnie coś gonić. Pamiętam trudność w złapaniu oddechu, przerażenie i paraliżujący strach. Okazało się, że to jakiś facet. Wyglądał naprawdę jak z horroru. Był na skali obleśności orłem i sokołem. Patrzył na mnie tymi swoimi oczkami i wykrzykiwał jakieś komentarze. W dalszej części tej historii oczywiście pojawił się fragment miasta, który śni mi się ostatnio prawie codziennie. Chodzę zabłąkana tymi uliczkami i nieustająco przed czymś uciekam. W każdym razie dołączyło do mnie kilka innych dziewczyn. Wszystkie były tak samo jak ja przestraszone. Spotkałyśmy się w ogóle w jakimś pomieszczeniu, w którym wszystkie próbowały się ukryć. Z relacji wynikało, że nie tylko ten jeden mężczyzna jest zagrożeniem. Okazało się, że jest ich cała grupa i zwabiają dziewczyny, porywają i potem się nad nimi znęcają. W efekcie chodziło o handel żywym towarem. W każdym razie zaczęłyśmy uciekać. Kluczyłyśmy tymi ulicami, gonił nas czarny sportowy wóz, potem dołączyła do niego biała furgonetka. Pościg trwał a ja nie mogłam złapać oddechu. Osaczyli nas. Wszyscy wyskoczyli z samochodów i była to kilkunastoosobowa grupa wielkich facetów. Byłam przerażona. Gdy oni tak się do nas zbliżali z jakimiś metalowymi prętami w rękach zadzwoniła moja komórka. Odebrałam. W słuchawce usłyszałam głos mojego Wybawcy. Powiedziałam tak, za trzy minuty tam gdzie zwykle. Grupa samców wpadła w konsternację. Gdzieś w pobliżu zaczęły wyć syreny policyjnych wozów. Nie pozostało nic innego jak wykorzystać chwilę konsternacji i rozproszenia i wiać. Co też uczyniłyśmy. Nie pamiętam, co było dalej. Uciekałyśmy i strasznie to było męczące.