Wróciliśmy z działki. Ptaszki ćwierkały, zieleń waliła po oczach. Domek pachnący drewnem. Słowem zajebiście. Cały ten wyjazd przerwały dwa wypady na moją uczelnię, na której stawić się musiałam w celu uzupełnienia wpisów. Taka anachroniczna czynności wymyślona żeby uprzykrzyć życie zarówno studentom jak i wykładowcom. Nie dość, że zdać musisz egzamin to potem musisz biegać za wykładowcą w celu uzyskania odpowiedniego wpisu w indeksie. Oczywiście nie dostaniesz tego wpisu żuczku studencino w momencie zdawania egzaminu - szkoła jest przepełniona / tak na marginesie dostała nawet karę za przyjęcie nadmiarowej liczby studentów / i większość egzaminów odbywa się w trybie pisemnym. Zdajesz, potem biegasz i stoisz w kolejce coby Ci zechcieli wpisać ocenę. Jak nie przyjedziesz na wpisy w wyznaczonym odgórnie terminie na przykład w środę o 13-tej / kogo obchodzi, że to studia zaoczne a tygodniu pracujesz / to potem wydreptujesz ścieżki na dyżurach wykładowców. Często się zdarza, że na dyżury nie przychodzą. Wtedy jest kiszka do kwadratu.
Chcę skończyć już te studia bo mnie na samą myśl, że muszę tam iść rzuca po ścianach. Żuczek studencina bez praw ale z obowiązkami. Szkoła, która dowolnie nagina regulamin do własnych potrzeb. Nie wiem czy inne są takie. Chociaż mam trochę doświadczeń w studiowaniu / dwie wyższe uczelnie / i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że tam aż takiego naciągactwa i duszenia kasy nie było. Tutaj normą jest podwójne karanie. Za nie oddanie terminie indeksu każą Ci zapłacić stówkę a potem skreślą Cię z listy studentów. Żeby Cię przywrócili to co musisz zrobić - zapłacić kaskę. Wrrrr... dupa zbita i blada.
"Everything is simpler than you think and at the same time more complex than you imagine."
27 kwietnia 2008
13 kwietnia 2008
Niedziela
Za co dziś? Hm... dziś będzie dużo. Zaczynając od początku to oczywiście za to, że się wyspałam. Za pyszną kawę zrobioną przez najważniejszego. Za przepiękną wycieczkę do zielonego. Za ptaki, które śpiewały. Za białe brzozy pięknie pochylone. Za pyszną rybę wraz z ziemniaczkami podaną na obiad. Za słońce. Za spokojne rozmowy na świeżym powietrzu z kubkiem kawy w ręku. Za rewelacyjny spacer po lesie. Za tą wiosnę, która przynosi nadzieję oraz świeżość. Za bezpieczeństwo jakie daje bycie z kimś na stałe. Za tą przewidywalność najważniejszego i radość jaką wnosi do mojego życia. Za to, że mnie czasem wkurza a czasem ja go wkurzam a potem się razem z tego śmiejemy. Za to, że mój tata czuje się dobrze i stara się być pomocny tak jak umie. Za nowe pomysły i świadomość, że tam gdzieś jest zielony świat, który na nas czeka i daje tak wiele odpoczynku i dystansu do zaganianej rzeczywistości.
9 kwietnia 2008
Środa
Za to, że dziś jest środa. Wdzięczna za sen, który przyszedł wtedy kiedy trzeba. Za słońce, które dziś odprowadzało mnie do pracy. Za kawę z koleżanką. Za uśmiechy i radosną świadomość, że nic mnie nie goni i nie depcze mi po piętach żaden potwór. Za małe sukcesy w postaci spotkania z księgowością oraz zgadzającego się zamknięcia kwartału. Za to, że mówiłam to co myślę bez włączonego auto - cenzora. Za mail od teściowej, który był ciepły i miły. Za uśmiech mojego męża i przytulenie na powitanie. Za ciepło jego rąk. Za to, że jest przy mnie i wierzy we mnie. Za to, że udało mi się dziś przezwyciężyć swój własny strach i zrobić kilka kroków na przód. Za to, że łazienka już działa i nie leje się nam woda po ścianach.
8 kwietnia 2008
Wtorek
Jestem wdzięczna za to, że wstałam rano. Za to, że bez bólu dotarłam do pracy i nie musiałam się zastanawiać nad tym, że stawiam kroki. Jestem wdzięczna za spokojny dzień w pracy. Za to, że miałam dziś zajęcie i sobie z nim poradziłam. Jestem wdzięczna za każdy uśmiech, który dziś się pojawił tam gdzie byłam. Za tą krótką rozmowę w windzie z koleżanką koleżanki, która nie była wcale dla mnie niemiła. Wdzięczna za to, że wróciłam bezpiecznie do domu. Wdzięczna za każdy telefon i wiadomość od najważniejszego mężczyzny. Wdzięczna za przemiłą wizytę w banku. Za ten wieczór w domu podczas którego jest ciepło, miło i bezpiecznie. Wdzięczna za sierściucha, który nie daje spokoju i drze się wniebogłosy z nadzieją, że dostanie więcej jedzenia niż jest w stanie wchłonąć.
Wdzięczna za zdrowie, wdzięczna za to, że najważniejszy mężczyzna sprawdził się dziś na rozmowie. Wdzięczna za możliwość kupienia sobie nowej bluzki bez konieczności rezygnowania z czegoś innego. Wdzięczna za ciepłe jedzenie podane dziś na kolację.
Fajnie :-)
Wdzięczna za zdrowie, wdzięczna za to, że najważniejszy mężczyzna sprawdził się dziś na rozmowie. Wdzięczna za możliwość kupienia sobie nowej bluzki bez konieczności rezygnowania z czegoś innego. Wdzięczna za ciepłe jedzenie podane dziś na kolację.
Fajnie :-)
5 kwietnia 2008
Kac
Co tu ukrywać. Mam kaca jak cholera. Strach się bać normalnie. W każdym razie głowa jak sagan, oczy zapuchnięte do tego stopnia, że prawe nie chciało się otwierać rano. Kurwa ale czad. Nie ma się z czego cieszyć. Najgorsze w tym stanie jest takie dogłębne poczucie winy, że doprowadziło się siebie samego do takiego stanu. Straciłam kontrolę nad rzeczywistością. Mam świetlne migawki a w nich przebłyski pamięci zdarzeń wczorajszego dnia. Wychodzę, zataczam się, kręci mi się w głowie, wymiotuję. Kurwa, kurwa. Źle mi z tym jak cholera ale już nie będę płakać nad rozlanym mlekiem. Na szczęście nie zdarza mi się to nader często a takie wydarzenie przypomina mi od czasu do czasu na co mam uważać i jak dbać o swoją świadomość coby nie zaniknęła w odmętach alkoholu.
Kolejny tydzień w nowej pracy. Nudzę się jak cholera. Od szefa słyszę "idź odpocznij", "idź na obiad". Na początku mnie to wkurwiało, potem śmieszyło teraz znowu wkurwia i to z dnia na dzień coraz bardziej. Złapałam się na tym, że boję się iść do pracy ponieważ jestem przerażona iż przez osiem godzin będę się nudzić jak mops. Wymyślam sobie więc na siłę jakieś zadania po czym szefo przychodzi i mówi żebym to zostawiła bo na przykład nie jest to takie ważne w danym momencie. Szlag mnie trafia. Dostaję już szału na sam dźwięk jego pytania "co Ty tam znowu robisz?".
Dłubię w nosie, liczę muchy na ściance mojego uwielbionego boksu, rysuję kreski na kartce od drukarki, obgryzam paznokcie, chlipię herbatę na przemian z kawą, stukam łyżeczką o biurko, liczę zszywki w pudełku i tak dalej i tym podobnie. Zajebiste.
Najpierw kawa, potem ploteczki, po ploteczkach polowanie na Pana Kanapkę. Potem jedzenie kanapki. Kolejno pół godziny pracy dla równowagi a następnie zwoływanie się na lunczyk. Godzinna przerwa na lunczyk a po powrocie dwie godziny pracy dla równowagi. Godzinę przed wyjściem - czas na towarzyskie rozważania. I tak do zajebania...
Kolejny tydzień w nowej pracy. Nudzę się jak cholera. Od szefa słyszę "idź odpocznij", "idź na obiad". Na początku mnie to wkurwiało, potem śmieszyło teraz znowu wkurwia i to z dnia na dzień coraz bardziej. Złapałam się na tym, że boję się iść do pracy ponieważ jestem przerażona iż przez osiem godzin będę się nudzić jak mops. Wymyślam sobie więc na siłę jakieś zadania po czym szefo przychodzi i mówi żebym to zostawiła bo na przykład nie jest to takie ważne w danym momencie. Szlag mnie trafia. Dostaję już szału na sam dźwięk jego pytania "co Ty tam znowu robisz?".
Dłubię w nosie, liczę muchy na ściance mojego uwielbionego boksu, rysuję kreski na kartce od drukarki, obgryzam paznokcie, chlipię herbatę na przemian z kawą, stukam łyżeczką o biurko, liczę zszywki w pudełku i tak dalej i tym podobnie. Zajebiste.
Najpierw kawa, potem ploteczki, po ploteczkach polowanie na Pana Kanapkę. Potem jedzenie kanapki. Kolejno pół godziny pracy dla równowagi a następnie zwoływanie się na lunczyk. Godzinna przerwa na lunczyk a po powrocie dwie godziny pracy dla równowagi. Godzinę przed wyjściem - czas na towarzyskie rozważania. I tak do zajebania...
Subskrybuj:
Posty (Atom)