15 lipca 2008

Smutno

Dziś rano zadzwoniła mama i powiedziała mi, że tata jest od wczoraj w szpitalu. Został tam z powodów bóli w klatce piersiowej. Kilka miesięcy temu miał operację serca. Wstawili mu kilka bypass`ow. Cała ta sytuacja jest o tyle niepokojąca, że nie wiadomo co się dzieje. Skąd ten ból powoduje. Jutro będzie miał koronografię i okaże się czy żyły działają prawidłowo. Strasznie się boję o niego. Bardzo, bardzo.

9 lipca 2008

Wtorek

Nie rozumiem. Po prostu nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Z utęsknieniem odzywam się do obcych ludzi w windzie zachwycona, że ktoś chce ze mną rozmawiać. Cały dzień żadnego z nikim kontaktu. Sama się w sumie wycofuje bo tak jestem zła na tą firmę, że jedyne co mogłabym mówić to że mnie to miejsce doprowadza do furii.

Nie chciałam być sekretarką, nie chciałam być przynieś, podaj, pozamiataj. Biegam po podpisy i odbieram koperty z adnotacjami, że coś jest nie tak. Niedobrze mi się od tego robi. Drukuje jakieś harmonogramy i wklejam do nich daty. To jest poniżej krytyki. Robiłam w swoim życiu już kilkakrotnie bardziej zaawansowane rzeczy a tu taki zjazd merytoryczny do poziomu gońca i klepacza harmonogramów...

Żenada...

5 lipca 2008

Dystans

Nie umiem, nie wiem, nie chce. Daj mi spokój, nie dotykaj, potrzebuję ciszy, zostawcie mnie wszyscy w spokoju. Chcialabym miec kawalek swojego miejsca gdzie moglabym sie ukryc i plakac w spokoju. Plakac az do utraty tchu i bez koniecznosci tlumaczenia co Ci wlasciwie jest. Nic mi nie jest - zycie mnie boli. Boli mnie w kazdym centymetrze ciala. Zlapalam sie na tym, ze jakas czesc mnie zaczyna ostro kombinowac, ze choroba jakakolwiek pozwolilaby mi na chwile chociaz z tego klebiacego sie wiru wyrwac. Wlaczyla mi sie lampka kontrolna.

Jestem uparta i pomimo utyskiwania i jeczenia tak latwo sie nie poddaje. Wiem jednak, ze taki upor do niczego dobrego czesto nie prowadzi. Konczy sie na tym, ze sie zabijasz, upadasz ze zmeczenia zeby sobie i innym udowodnic, ze dalas sobie rade. TYLKO po co to KOMU? Tak sie zastanawiam nad tym co sie dzieje ostatnio. Nie czuje tego miejsca kompletnie. Struktury jakie tam sa doprowadzaja mnie do szewskiej pasji. Nie rozumiem ukladow i ukladzikow. Zreszta nie chce sie nad tym rozpisywac. Najwazniejsze dla mnie jest to jak tam sie czuje. Uwazam, ze wbrew temu pieprzeniu o duzych oczekiwaniach oraz zadowoleniu z tego, ze jestem tak dobrze merytorycznie przygotowana niewiele osob jest tak naprawde z tego zadowolonych. Niezadowolenie bierze sie stad, ze jak laski ktore to robily odwalaly pieprznik to zawsze mozna bylo na nie poutyskiwac poza tym nie stanowily zadnej konkurencji ani partnera do rozmowy, nie bardzo tez mogly sobie pozwolic na to, zeby pojsc i wymagac poprawienia bledu. Nie bardzo wiedzialy na czym polegal blad.

Niesprawiedliwe jest to, ze promuje i nagradza sie cwaniactwo, lawiranctwo, obijanie sie a zawiesza sie nad tym wielki transparent jak to kazdy ma z siebie duzo dac. Jak kazdy - skoro niektorzy egzystuja umieszczeni w ramach taryfy ulgowej?

4 lipca 2008

Korporacyjna mrówka

Dziś jest już /dzięki wszystkim świętym, którzy nade mną czuwali w tym tygodniu/ - piątek, do którego dotrwałam. Przeżyłam kolejny tydzień w korporacyjnym mrówko - landzie. Bosko. Ciśnie mi się na usta wiele historyjek, zdarzeń, wydarzeń, które warto byłoby opisać. Pewnie zacznę je skrupulatnie opisywać coby sobie upuścić kwasu i zrobić miejsce na normalne, zwykłe, proste, dobre uczucia.

Kolejny dzień kiedy wracam z pracy w stanie totalnego przygnębienia. Zaczynam się już wkręcać w takie myślenie, że to ze mną jest coś nie tak. Nie potrafię się przystosować, wszystko mi przeszkadza, nie umiem się odnaleźć. Wcale nie jest ze mną nie w porządku. Jakkolwiek nie gramatycznie to brzmi :-)

Niedobrze mi się robi od tego stanu zawieszenia. Od codziennych porcji informacji dotyczących kolejnego exodusu pracowników. Złożonych wypowiedzeń. Pytań porannych brzmiących "Czy dziś pracujemy w pełnym składzie?".

Jak przyszłam do tej pracy to w moim małym dziale pracowały trzy kobity i szef. Po czterech miesiącach w dziale zostałam ja oraz jedna kobita pracująca na mniej niż pół etatu. Obecnie jest czas testowy, który chyba zmierza do tego aby ustalić czy ja udźwignę wszelkie dodatkowe obowiązki. Obowiązki, których przecież nie ma tak wiele. Na pewno mi się wydaje. W jakim więc celu nad tym wszystkim przez ostatnie kilka lat pracowało tyle osób? Czy mam sądzić, że jestem taka genialna, że przejmę jeszcze sprawy innych osób i poradzę sobie ze wszystkim a korporacja powie "skoro tak, to może jeszcze popracowałabyś jeszcze nad tym i nad tym?"

Ufff... jestem zła, zniesmaczona, rozżalona. Miało być stabilnie, miało być normalnie, miało być spokojnie. Jak jest? Codziennie coś wybucha. Codziennie nowe doniesienia z frontu, na którym się gotuje. Do tego jeszcze niechęć, ostracyzm i kasta świętych krów, które zajmują już takie pozycje, że nie wolno przy nich krzywo oddychać. Matko, jaka frustracja ze mnie wyłazi. Jakieś niedowartościowanie czy coś? Jasne, że niedowartościowanie. Miałam zajmować się finansami, rozliczaniem itp. Zajmuje się a i owszem ale w przeważającej części łażę i płaszczę się po pokojach prosząc o akceptację, podpisy i wyrażenie zgody. Tłumaczę się za coś o czym nie mam zielonego pojęcia, przepraszam i się kajam. Niedobrze mi się już robi od tego. Okazało się, że odwalam prace asystenckie i mam jeszcze z tego powodu być zachwycona. Marudzę ale jest mi to teraz cholernie potrzebne. Muszę odreagować jakoś ten stres i zamęt. Co ciekawe Pani X, która przejęła część obowiązków po Pani Y przychodzi do pracy na jeden w sumie dzień w tygodniu. Jest tym umęczona a ja już mam spięcie i zastanawiam się jak zdołam obronić się przed tym co na mnie ewentualnie spadnie przez pozostałe dni tygodnia.

Muszę nauczyć się mówić "Niech to poczeka do środy" zaraz potem "Niech to poczeka do piątku" Nic dodać, nic ująć...