21 października 2007

!!!!

Skończyła się IV Rzeczpospolita !!!!

16 października 2007

Jakoś

Dziś wtorek. Już lepiej niż wczoraj a wczoraj był mój ulubiony w cudzysłowie dzień pt. Poniedziałek. Generalnie dni wyglądają jak odlane w mosiądzu. Ciężkie do zniesienia a ja jakoś nie mogę znaleźć dla siebie miejsca we wszechświecie.
Nie chciałabym zacząć marudzić ale już zaczęłam więc nie odbiorę sobie teraz tej przyjemności coby pomarudzić sobie. Pomarudzić i porozkoszować się tą bylejakością, która czasem zamieszkuje sobie w moim światopoglądzie. Odebrałam dziś nowy dowód. Dziwnie się z tym czuje. Nowe nazwisko, nowe miejsce zamieszkania. Taka nowa ja a jednak stara ze wszystkimi strachami, obawami, niechęciami, zaszłościami. Wszystkim tym, co się w mojej małej skołatanej głowie kłębi. Czasem sobie myślę, że za dużo na siebie biorę. Nakładam na siebie ciężary, trudne do udźwignięcia i nie dlatego, że ze mnie jakaś siłaczka. Udowadniam sobie, że zasługuję na różne rzeczy właśnie dlatego, że tak ciężko pracuje. Jakoś nie dociera do mojej małej mózgownicy, że niektóre rzeczy mi się po prostu należą i nie muszę a wręcz nie powinnam na nie pracować. Należą się i już ale to już do mnie nie dociera - nic a nic... Jestem przez to na siebie zła a czasem wręcz albo po prostu rozżalona.
I tak to się jakoś toczy. Dzień pod znakiem totalnego zakrętu, tkwiłam w epicentrum zdarzeń zasypana sprawami różnego kalibru, które trzeba załatwić i nawet nie miałam czasu dostrzec, że świat był dzisiaj piękny. Dobra dostrzegłam ale jakoś tak przez pryzmat tych zakrętów i ten świat, co to rzeczywiście piękny był i kolorowy zupełnie mnie nie zachwycił a wręcz zasmucił. Dotarło do mnie, że On jest taki piękny co jesień i co lato. Wszystko dokoła się zmienia. Teraz przygotowuje do zimy ale nadal jest kolorowe i urocze. Reasumując - czas płynie a ja to wyraźnie zawsze czuję przed urodzinami. Za tydzień mam urodziny i już się z tego powodu martwię i smucę :-)

Jest moja ulubiona pora roku a ja nawet się z niej za bardzo nie umiem cieszyć. Może mam jakąś nieustającą depresję?
Nie no może nie jest aż tak strasznie. Kilka rzeczy mnie dziś ucieszyło. Kilka rzeczy udało mi się dziś załatwić. Nie dostałam w pracy trzęsawki ani furii. Nie zabrakło mi ani razu tchu z powodu wkurzenia :-) więc mogę ten dzień uznać za udany. Mimo to jakoś tak mi smutno gdzieś tam w środku. Są czasem takie dni, kiedy czuję, że to coś co jest we mnie zwane potocznie duszą albo bez ideologii jakiś kawałek mnie jest dotkliwie smutny. To sprawia, że nie znoszę takich chwil i strasznie się wtedy nakręcam na działanie, żeby nie czuć tego smutku. Potem jednak przychodzi koniec pracy i cisza a do moich drzwi stuka coraz głośniej ta jakaś część mnie i prosi o wysłuchanie... Może kiedyś?

14 października 2007

Takie tam różne

Już jest właściwie wieczór. Przyjemny dzień w zaciszu domu. Czasem trudno mi taką ciszę i spokój znosić ale nie dziś. Tak przyjemnie i bezpiecznie.

Cały dzień oglądam też ( to już dalekie jest co prawda od bezpieczeństwa ) programy publicystyczne. Za tydzień wybory i coraz goręcej robi się w tym kraju. Obrzucają się z prawa i z lewa wszystkim co się da. Ze świecą szukać jakiejś normalnej wymiany zdań czy argumentów. Wszystko opiera się na pyskówce i tym, kto komu najwięcej dowali. Przypomina mi to rozprawy sądowe w kiepskim filmie amerykańskim. Wszystko, co powiesz pomimo sprzeciwów sędziego czy obrony jest punktem dla Ciebie. Ława przysięgłych to usłyszała i niech zrobi z tą informacją co chce ale informacja została podana i tylko o to chodziło. Tak to widzę i coraz bardziej mnie przygnębia sytuacja w tym kraju.

Premier, który po debacie zwołuje swoją konferencję prasową żeby na niej ogłosić swoje zwycięstwo. Przy tej okazji oczywiście nie omieszka obrazić znowu kolejnych osób. Kibole, rabunek, chamstwo - to głosy ze strony partii rządzącej w sprawie publiczności zebranej podczas debaty. Publiczności, która żywo reagowała na wypowiadane słowa obu interlokutorów. Może i nie do końca to było właściwie ale oczywiście nie ma jak znaleźć kolejnego kozła ofiarnego winnego klęski, porażki.

Nie można przecież powiedzieć, że było się kompletnie nieprzygotowanym do dyskusji oraz, że przeciwnika się lekceważyło i traktowało bez szacunku. W obliczu klęski trzeba więc szybko znaleźć winnych i ich odpowiednio potraktować. Teraz epitety a potem ???


7 października 2007

Niedziela

Wstałam dziś o szóstej rano z mocnym przekonaniem, że nie pójdę dziś na zajęcia. Po chwili walki ze sobą doszłam jednak do wniosku, że po pierwsze nie będę potem miała pojęcia z czym ten audyt się je. Po drugie nie będę nawet miała od kogo wziąć notatek a po trzecie potem będę miała wyrzuty sumienia, że się poddałam. Co prawda nie sprawdzają obecności ale nie zmienia to faktu, że nieobecność i tak jest zauważana wszem i wobec. Tak więc dotarłam do szkoły i nie żałuję. Te zajęcia są po prostu ciekawe i naprawdę warto jest na nich być.

Potem próbowałam dostać wpis do indeksu od jednego doktorka i zostałam ofukana. Zjawiłam się na przerwie tłumacząc, że właśnie skończyłam zajęcia a do wpisów musiałabym poczekać kilka godzin. Profesorek odparł, że nic go to nie interesuje i że miałam pół roku na zdobycie wpisu i takie tam. Strasznie mnie denerwuje takie uzewnętrznianie się i epatowanie irytacją. Rozumiem słowo nie i nie przepadam za narzucaniem się. Stwierdziłam, że ok / dosłownie / rozumiem i odwróciłam się na pięcie.

Taka beznadziejna organizacja uczelni. Egzaminy mamy w czerwcu i we wrześniu kampanię wrześniową. Przez dwa miesiące od września do października wykładowcy są oblegani przez rzeszę studentów z obłędem w oczach, którzy błagają o wpisy. Bardzo często terminy wpisów wyznaczane są w ciągu tygodnia w godzinach pracy. Dla studentów kierunków zaocznych to oczywisty problem. Poza tym student od tego jest żeby się popłaszczył. Niech wychodzi, prosi, błaga. Jest jeden profesor, który mnie miło zaskoczył. Zarządził swój kontenerek w dziekanacie. Każdy kto chce uzyskać u niego wpis wkłada tam do tego kontenerka swój indeks i wraca po niego w określonym terminie. Odbiera z kontenerka swój podpisany indeks i już. Bez łaski, irytacji i uzewnętrzniania swoich frustracji.

Tak poza tym mam w niedzielę świetne zajęcia. Nawet nie przypuszczałam, że będą mi się podobały a tu takie miłe zaskoczenie.

Jest wieczór a ja czuję jak mnie dopada jakaś choroba. Zapisuję się rano do lekarza. Teraz jest taki czas, że wszyscy chorują. Wrrrr...

5 października 2007

Wieczornie

Jutro szkoła. Muszę wstać strasznie wcześnie ale już opracowałam plan strategiczno - naprawczy dotyczący konieczności opuszczenia kawałka pierwszych zajęć. Potem nie z mojej winy ale nie powiem też że z jakimś ubolewaniem odwołali mi jeden wykład więc mam okienko. Potem niestety zajęcia, na których muszę być ponieważ muszę. Zresztą dziewczyny wlazły mi na ambicję. Dwa tygodnie temu był pierwszy zjazd. Nie ma co ukrywać nie należę do zbyt subordynowanych studentów. Pani od angielskiego zobaczyła mnie pierwszy raz na zaliczeniu :-) Nie wzbudziłam swoją obecnością entuzjazmu a już szczególnie tym, że zaliczyłam test nie chodząc na zajęcia. Wracając do dziewczyn. Powiedziały bestie jedne, że pewnie za dwa tygodnie już mnie nie zobaczą ani później. Obraziłam się prawie i odparłam, że istotnie widać, że one nie wierzą we mnie. W mój upór i chęć uczenia się :-) No więc muszę się jutro pojawić. Mam mocne postanowienie przynajmniej...

Śladami absurdu

Dobra, dojechałam do pracy bez specjalnych zgrzytów. Za pomocą metra i autobusu dokolebałam się na miejsce. W pewnym momencie nawet poczułam się nieźle. W uszach ulubiona muzyka, słonko gdzieś tam sobie zaczęło świecić delikatnie no i te piękne liście w kolorach tęczy. Uwielbiam jesień. Uwielbiam ją bardzo, bardzo ale szczególnie wtedy kiedy kolory jesieni podkreślane są słonecznymi promieniami.

Dotarłam na miejsce i humor mi się pogorszył. Taki standard. Dół jak co dzień. Na biurku siedzi łysy różowy gość z szerokim uśmiechem i nieustannie kiwa do mnie głową. To tak na pocieszenie, jakby mówił - będzie dobrze, trzymaj się, wszystko jest w porządku a jak nie jest to będzie. Wczoraj usłyszałam, że Zus będzie udostępniał dane jednej takiej organizacji. Zajefajne. Niezgodnie z prawem ale cóż w naszym kraju robi się coraz weselej. W razie czego jak zechce im się wpaść do kogoś z wizytą o 6-tej rano zapewne dzięki tym danym będą lepiej przygotowani a dzięki temu sprawniej powsadzają nas wszystkich do więzień. Taki usłyszałam komentarz, że Polska już niedługo będzie jednym wielkim więzieniem. Nie chcę mieszkać w więzieniu...

Dokoła dźwięki, głosy, każdy czegoś chce a ja myślę o tym, że jeszcze kilka godzin i pójdę sobie stąd. Do domu :-)